Właśnie! Podczas premiery filmu „Kler”, zobaczyliśmy wreszcie puppet show master, pociągającego za sznurki. I zero zdziwień, bo trop biegł w tę stronę od początku.


Gościem specjalnym premiery filmu Wojciecha Smarzowskiego był niesławnej pamięci rzecznik rządu w latach 1981-89, Jerzy Urban. Jego obecność – bez względu na to, co mówią obrońcy „Kleru” – jest niezbitym dowodem na to, że film Smarzowskiego został pomyślany jako uderzenie w Kościół, religię i wiernych. A nad imprezą unosił się duch prawdziwego puppet theatre master, gen. Kiszczaka. Środowisko polskich filmowców – podobnie jak sędziowskie – nie przeprowadziło lustracji. I ten obraz jest kolejnym dowodem na to, jak bardzo taka lustracja jest konieczna. Wydano, o ile pamiętam, tylko jedną książkę, opowiadającą o licznych, dodajmy, TW w tym środowisku, „Filmowcy w matni bezpieki” Filipa Gańczaka. Opowiada o upadku kilku największych, najznakomitszych z tego środowiska. A o ilu z nich jeszcze nie wiemy? I kto wie, jaką rolę spełniają ci żyjący jeszcze mandaryni, a w każdym razie ich część, w kreowaniu w tej wspólnocie atmosfery nienawiści do Kościoła, konserwatyzmu, reform państwa?

„Kler” doskonale wpisuje się w słynną instrukcję szkolenia kadr gen. Kiszczaka w zwalczaniu Kościoła i duchowieństwa. „Korek, worek i rozporek”. I dokładnie tym tropem podąża film Smarzowskiego. A więc ze smakiem powtarza fake newsy SB-cji o „wypasionych kościołach”, „luksusowych limuzynach”, „bękartach Kościoła”, a więc dzieciach księży ze związków z gosposiami czy parafiankami. I argument numer 1 – „homoseksualne lobby i pedofilia w Kościele”. Zaskakujące są tu podwójne standardy – z jednej strony wspieranie środowisk LGBT i wtedy „gay is beautiful”, śliczny, radosny i należą mu się dodatkowe prawa, lecz jeśli homoseksualista nosi sutannę, „gay is bad” i zasługuje na najwyższe potępienie. I kolejny dowód na podwójne standardy: statystyki wykazują, że pedofile, to w 90% mężczyźni – homoseksualiści. I tą prawdą kłuje Kościół w oczy, natomiast w przypadku pedofili bez sutanny, o tych związkach i proporcjach lewica milczy jak grób.

 

Wracając do Smarzowskiego, w wielu jego filmach, „Wesele”, „Dom zły” i oczywiście w „Klerze”, reżyser powtarza ten SB-cki trop, nie tylko karykaturując te marginalne w istocie zjawiska, ale generalizując i nadając im rangę uogólnienia. Fałsz filmu polega na tym, że marginalne przypadki pokazuje jako „dzień jak co dzień” Kościoła katolickiego, że wybiera jedynie patologie – alkoholizm, zachłanność i wyuzdanie – i dowodzi, że to pełny obraz polskiego duchowieństwa. Film owszem, może być nośnikiem, który diagnozuje patologie społeczne, jednak pod warunkiem, że opiera się na prawdzie, a nie kłamstwie, przekazuje widzom rzeczywiste dane, a nie wymyśloną, postkomunistyczną, w dodatku tą najprymitywniejszą, spod znaku Kiszczaka. I taki reżyser jak Smarzowski, jakby nie było twórca „Wołynia”, powinien się tego filmu, prymitywnego, biało-czarnego, o oczywistych złych intencjach, wstydzić. Tyle, jeśli idzie o polskie korzenie „Kleru”.


 

I kilka słów o homoseksualizmie w Kościele katolickim. Homoseksualizm był zawsze potępiany przez Kościół jako „akt przeciwny naturze”. Wprawdzie wypracowano procedury borykania się z tym zjawiskiem, ale opierają się one raczej na miłosierdziu, podawaniu pomocnej dłoni niż na sprawiedliwości. I zostały wypracowane przed pojawieniem się wojujących, agresywnych lobby LGBT, w mediach, organizacjach pozarządowych, w kulturze, w samym Kościele. Więc te procedury należy dziś zresetować. W ciągu ostatnich 20 – 30 lat liberalna lewica znalazła nowy sposób, żeby się dobrać do chrześcijaństwa. I uderza cepem „ pedofilii w Kościele”. A film Smarzowskiego „Kler” jest dowodem na to, że zaczynamy doganiać Europę i wpisywać się w ten szkodliwy społecznie nurt antyklerykalizmu, a w istocie batalii przeciw chrześcijaństwu, religii w ogóle. Choć właściwie nie mieliśmy własnej afery pedofilskiej w środowisku duchownych, zakończonych wyrokiem sądowym, Smarzowski wpisuje się w dyskurs o Kościele, jaki obowiązuje w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Ze każdy duchowny, to biskup Mordowicz z „Kleru”, rozpustnik i alkoholik, a co drugi – homoseksualista czyli pedofil. Słowa o dziesiątkach tysięcy księży, którzy wypełniają swoją misję służenia ludziom, o zakonnicach, prowadzących szpitale i hospicja, o misjonarzach, rozsianych po całym świecie, którzy nie tylko głoszą słowo Boże, ale są lekarzami, nauczycielami, sędziami, psychoterapeutami, uczą młodzież zawodu i życia. Byłam, widziałam, jest ich tysiące. Patrząc na środowisko księży i zakonników z tej strony, film Smarzowskiego jest tym bardziej niefortunny.

A więc „Kler”, to rykoszet zachodniego lewicowo-liberalnego myślenia o Kościele katolickim. Z pierwszą tak brutalną filmową manipulacją spotkałam się w Wielkiej Brytanii już w 1995 roku, a był to obraz „Ksiądz” Antonii Bird. Pokazywał księdza – geja, „prześladowanego” przez hierarchów kościelnych oraz wiernych. A prześladowania polegały na tym, że musiał wybierać między partnerem a sutanną! Kolejne filmowe uderzenie, to „Liam” z 2001 roku dobrego zresztą reżysera Stephena Frearsa. Obraz irlandzkiej rodziny katolickiej jako systemu brutalnego i opresyjnego. Potem mamy „Siostry magdalenki” Petera Mullana z 2002 roku, pokazujące azyl dla niezamężnych matek, prowadzony przez zakonnice. I znów – słowa o tym, że siostry uczyły dziewczęta, odrzucone przez własne rodziny i społeczeństwo, zasad moralnych, zawodu, zdarzało się, że ratowały przed wylądowaniem w rynsztoku lub samobójstwem. Nie, Mullan pokazał obóz pracy, gdzie dominowały bezwzględność, brutalność, sadyzm. No i nie tak dawno, bo w 2013 roku ten sam Stephen Frears wysmażył „Tajemnice Filomeny”, którą siostry zakonne uratowały od samobójstwa, a synka – była samotna, bezdomna, bez zawodu – oddały do adopcji. Lecz w przekazie nie było o tym ani słowa – za to wiele o „faszystowskim reżimie” w irlandzkim domu dla samotnych matek!

A więc walka z Kościołem katolickim – spadek po rewolucji francuskiej, sowieckiej czy „pokojowej” kontr-kulturowej lat 60. i 70. – trwa nadal. Lewicowe rewolucje, krwawe czy bezkrwawe, zawsze były anty-klerykalne, i takimi pozostały. Czy można coś zrobić? Tak. „Kler” obraża nie tylko duchowieństwo, ale i nas, wspólnotę wiernych. Więc może w imię solidarności z wartościami chrześcijańskimi, sprawiedliwością i prawdą należy go sobie darować? Przecież obrona tych wartości, to nie tylko sprawa duchowieństwa albo mediów konserwatywnych.

źródło: wpolityce.pl


Komentarze: